» Publishers, Monetize your RSS feeds with FeedShow: More infos (Show/Hide Ads)
"Kiedy ty mówisz do Boga to jest to modlitwa. Kiedy On do Ciebie, to jest to już choroba psychiczna." / Anonim
Deprywacja sensoryczna polega na zamierzonej redukcji lub usunięciu bodźca działającego na jeden lub kilka zmysłów. W skrócie chodzi o to, że delikwent odcięty od jakichkolwiek bodźców na początku się relaksuje, a w przypadku przedłużonej samotności popada w halucynacje, chorobę psychiczną lub zwykły zgon. Celowo nawiązuję do osamotnienia, bo jest to też forma deprywacji, a człowiek w swojej konstrukcji generalnie jest stowrzeniem stadnym i oddzielenie od stata nie robi mu dobrze na dłuższą metę. Brak bodźców jest jest więc okej.
Tyle wstępu, ale do rzeczy. Pytanie o istnienie lub nieistnienie Boga jest bardzo bliskie temu tematowi. Świadomość, że tak naprawdę jesteśmy SAMI, nie jest czymś prostym do zaakceptowania. Nie umiera się od niej, niemniej jest tym trudniejsza do poruszenia im dłużej żyjemy w złudzeniu Boga, który chroni nas przed dojrzałą konfrontacją z tym, że tu i teraz to jest to co tak naprawdę się liczy, i o co trzeba dbać bez odkładania nagród i kar na wieczność.
Wiara w bardzo dobrego Boga, który nadaje sens różnym rzeczom których nie rozumiemy jest na krótką metę kojąca. Na dłuższą metę, człowiek jest jednak w takiej samej kondycji co i bez Boga, cóż to bowiem za Przyjaciel i Ojciec z którym nie ma żadnego kontaktu? Owszem , niektórzy mają ten przywilej przeżywania halucynacji, czują Obecność, przeżywają bardzo bogate emocje związane z Nim. Ale dla większości tego typu fajerwerki są niedostępne, a problem braku realnego kontaktu z bóstwem jaknajbardziej doskwiera nadal.
Różne systemy religijne różnie radzą sobie z tym problemem. Zawsze fascynowało mnie bogactwo formy kościoła katolickiego od którego to bogactwa protestanci tak drastycznie się odcięli. Msza, dla przeciętnego kosmity, jest zapewne przeżyciem dość niesamowitym. Rytuały odziaływują na wszystkie zmysły równocześnie: zapachy kadzideł, cudowne rzeźby i boska (nie wszędzie) muzyka chóralna, pocałunki pokoju (gdzieniegdzie uskuteczniane dosłownie), komunia etc., ta cała gama fajerwerków musi mieć przecież jakiś cel. Ludzie rzadko kiedy robią rzeczy totalnie bezsensowne, z których niczego nie czerpią. Jeśli coś trwa tyle setek lat, przenosi się z pokolenia na pokolenie, to widać musi mieć jakiś sens. Nie widzę tutaj żadnej osobowej sprawczości: systemu religijne podlegają tak samo "ślepym" prawom ewolucji jak wszystko inne.
Jaki sens? Myślę, że te wszystkie cuda formy są "po to" by ztłumić, zadeptać dyskomfort, dysonans wynikający z braku jakiegokolwiek odzewu Z Drugiej Strony. Przeżywając taką bogatą "uroczystość" dostajemy miliony okazji do własnych racjonalizacji, możemy na setki sposobów wykreować sobie podświadomie jakieś przeżycie duchowe, możemy "zobaczyć" Boga w "czymś", możemy wzbudzić emocje potrzebne do podjęcia decyzji, wykonania kolejnego kroku na przód na obranej przez siebie drodze.
To wszystko jednak jest jedną wielką protezą niemożliwej relacji z Bogiem. Protezą prawdziwej, głebokiej, zapładniającej relacji, obfitującej w dotyk, zapach, smak i dźwięk kochanej osoby. Protezą tego co tak naprawdę przynosi nam szczęście: możliwość bycia sobą w bliskości z drugą istotą.
Z jakichś przyczyn ludzie szukają czasem takiej relacji nie z prawdziwym człowiekiem, ale z wymyślona, idealną istotą duchowa.
Bogactwo form religijnych jest czasem protezą i kakofonią, która ma na celu zagłuszenie wielkiej, zimnej, ziejącej Ciszy z Drugiej Strony. Ciszy, która przypomina o sobie w każdej chwili gdy na dzwięk słowa "Amen" zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę rozmawiamy cały czas sami ze sobą.
Wbrew marzeniom swoich licznych wrogów zmarł spokojnie we śnie.
Odszedł Richard Feynmann polityki. W czasie gdy ten pierwszy odkrywał tajemice kosmosu, Robert McNamara analizował jak wydajniej palić japońskie miasta, i jak budować bezpieczniejsze samochody. A w przerwie brał udział w wydarzeniach, które o mało nie zakończyły się zagładą świata...
R.I.P.
Mieszanka nie jest prosta ale miodna. Bierzemy Hansa Zimmermana, posypujemy Lisą Gerrard a do tego doprawiamy Mrocznym Rycerze.
Po niemiecku.
Ciary, here I come....das bin Ich. Ja! Ein Dunkel Ritter!
Bajeczka jak każda inna, ale film zrobił na mnie niesamowite wrażenie, tymbardziej, że oglądany w HD. Joker jest absolutnie przerażający, jedna z najlepszych ról jakie widziałem osatnio. Ledger wzbudza autentyczny strach przed kimś kto jest tak głęboko skrzywiony i szalony, że absolutnie nie da się z nim negocjować ani niczego zaplanować. Facet to chodząca entropia.
Nowy rok, nowa(wa) muza. Fajna, polecam.
The Script, Breakeven
I'm still alive but I'm barely breathing
Just prayed to a god that I don't believe in
Cos I got tI'me while she got freedom
Cos when a heart breaks no it don't break even
Her best days will be some of my worst
She finally met a man thats gonna put her 1st
While I'm wide awake she's no trouble sleeping
Cos when a heart breaks no it don't breakeven
What am I suppose to do when the best part of me was always you
What am I suppose to say when I'm all choked up and your ok
I'm falling to pieces
I'm falling to pieces
They say bad things happen for a reason
But not wise words gonna stop the bleeding
Cos she's moved on while I'm still grieving
Cos when a heart breaks no it don't breakeven
What am I suppose to do when the best part of me was always you
What am I suppose to say when I'm all choked up and your ok
I'm falling to pieces
I'm falling to pieces
(one still in love while the other ones leaving
Cos when a heart breaks no it don't breakeven)
You got his heart and my heart and none of the pain
You took your suitcase, I took the blame.
Now I'm tryna make sense of what little remains
Cos you left me with no love, no love to my name.
I'm still alive but I'm barely breathing
Just prayed to a god that I don't believe in
Cos I got tI'me while she got freedom
Cos when a heart breaks no it don't break even
What am I gonna do when the best part of me was always you
What am I suppose to say when I'm all choked up and your ok
I'm falling to pieces
I'm falling to pieces
(one still in love while the other ones leaving
Cos when a heart breaks no it don't breakeven)
Dotkliwości rozhuśtnej gospodarki nawiedzają każdego, niektórzy jednak mają wtyki w Niebie by sobie te niedogodności umniejszać i niwelować. Cóż, nikt nikogo do ateizmu nie zmusza, chcesz być duchowo sam to cierp i zwijaj się w drażniących oparach rzeczywistości. Kto sprytny i rozsądny, oddaje się temu czy tamtemu bóstwu, (najlepiej takiemu, które aktualnie uważa za silniejsze od innych, jak np. Paweł z Tarsu), w zamian za jakotakie bezpieczeństwo lub szeroko pojęte poczucie słuszności swoich działań i milion innych materialnych i niematerialnych benefitów. (*)
Wiedzą o tym też amerykańscy wyznawcy rzeczy nadprzyrodzonych, o czym raz po raz dowiadujemy się z mediów. Nie tak dawno oglądaliśmy scenki z grupowych modlitw przy stacjach benzynowych, których celem było obniżenie zysków wyznawców innego bóstwa.I faktycznie, arabowie zaczęli ostatnio dostawać z swoją ropę więcej mniej wartościowych dolarów, niż było to w zwyczaju wcześniej. Bóstwo amerykańskie zaczęło działać w tej kwestii, i zesłało na świat cały i wszystkich po równo taka recesję, że się człowiek w głowę drapie pod kaskiem i głośno myśli kiedy tu się coś następnego sypnie. Recesja bowiem jak wiadomo oznacza, że kto na żarcie nie ma, to i autem jeźdźić będzie mniej, więc i ropa tańsza.I tylko arabowie cały czas dostają po tyłku, bo teraz dostają takie same bezwartościowe dolary, tylko w mniejszych ilościach niż wcześniej. Widać ich bóstwo słabawe ostatnio, albo modlitwy muzułmańskie niezbyt szczere były.

"I oddajemy Panie w Twoje ręce 1,1-dimetylocyklopentan, 1,3-dimetylocyklopentan, etylocykloheksan, 1,2,4-trimetylocyklokeksan jak również inne kwasy naftenowe będące składnikami tak nam drogiej ropy naftowej..."
Amerykańscy wyznawcy chyba jednak nie do końca oczekiwali takiego rozwoju wypadków. Rychło powiązawszy związek przyczynowo skutkowy recesji z obsyfieniem przemysłu motoryzacyjnego, zaczęli ostatnio głośno nawoływać o pomoc w kwestii ratunku dla fabryk samochodów. W jednym z megaczerczów w Detroit, przed ołatarzem zaparkowano trzy samochody (hybrydowe!!), w celu aby je namaścić, błogosławić i o zmiłowanie dla skatowanych recesją prezesów Wielkiej Trójki błagać. Tym razem nie proszono już ogólnie o rozwiązanie problemu, ale konkretnie o boską interwencję w działania Kongresu, który ma dofinansować upadającą branżę.

Bóg ponoć kocha wszystkich i wszystko tak samo, ale jakoś Uenifeu'owe przeczycie mówi że Polonez by tam nie pasował na tej scenie....
Miejmy nadzieję, że kapryśne bóstwo nie wymyśli teraz jeszcze gorszej "pomocy" niż poprzednim razem. Nie trudno sobie wyobrazić, że spełniając kaprysy amerykańskich wiernych, mogłoby sypnąć z Nieba pieniędzmi, co dla nas wszystkich skończyłoby się taką inflacją, że w try miga trzeba by było zakładać konta i lokaty w Zimbabwe , co by resztki zaskórniaków uratować przed bezwartościowością.
Będąc agnostykiem pozostaje obserwować z przygryzioną wargą jakie będą następstwa tych religijnych wyczynów (**) dla globalnej gospodarki. Oby to wszystko jakoś samo się wyrównało, czego sobie i Państwu życzy Uenifeu.
(*) Złośliwi czytelnicy mogliby w tym miejscu zapytać czym wiara różni się od emocjonanej (lub nie tylko) prostytucji. Wychodząc z założenia, że pytania są często o wiele ciekawsze od odpowiedzi, powstrzymam się w tym miejscu od udzielenia tejże.
(**) Bardzo złośliwi czytelnicy mogą w tym miejscu zapytać czy i jak taki boski interwencjonizm można pogodzić z tradycyjną, amerykańską wiarą w dobroczynne siły wolnego rynku. Jest prawdopodobne, że niewidzialna ręka rynku jest mile niewidziana tak długo jak zabiera innm a daje naszym. Prawdopodobne jest też, że kiedy ta niewidzialna ręka zaczyna robić odwrotnie, to wtedy staje się za bardzo widzialna, i potrzebna jest jakaś boska ręka, która tamtej da po łapach. Skomplikowane, wiem, ale ta hipoteza w/g Uenifeu'a trzyma się kupy.
O kryzysie parę słów Uenifeowych, subiektywnych i choć predykcyjnych to niezobowiązujących.
Oficjalnie słyszę od Donalda, że owszem na świecie obsyfienie finansowe nastąpiło, ale że naszym bankom nic nie będzie bo były za głupie, żeby korzystać z megawypasionych opcji subprime w Stanach. I pewnie ma rację, szczególnie, że mówić tak musi, żeby paniki wśród ludu Polan nie siać. Do niedawna lud ten w kierpcach grosiwo ciułał, nikt by dobrze na tym nie wyszedł gdyby nagle ten sam lud z banków do kierpców masowo przeniósł swoje zaskórniaki.
O ile faktem jest, że nasze banki w ogólnoświatowym obsyfieniu nie uczestniczyły, to wcale nie mam przekonania jakoby ich kondycja miałaby być taka zdrowa i rześka jako Donald rzecze.
Powodów jest kilka, a głównym jest spadek wartości mieszkań, jakiego jeszcze nikt w Polsce nigdy nie doświadczył:
- 2 miesiące temu czytałem w Gazecie, jak deweloperzy zaklinają rzeczywistość i mówią o brakujących 3 mln mieszkań, i o stabilnych cenach, które przypięte do nowych kluczy czekają na bezdomnych miliarderów tłumnie walących drzwiami i oknami. Rynek jednak kieruje się swoimi regułami, i zaklinanie rzeczywistości nic nie daje. Znajomi agenci nieruchomości zgodnym chórem ogłaszają totalną bryndzę na rynku, i nie zanosi się na jej koniec. Po drugiej stronie ulicy odemnie jest 64 m2 za 300 tys. PLN do kupienia, i kisi się już kilku miesięcy.
- teraz już widać, nie tylko po akcjach deweloperów ale również cennikach, że czasy wariactwa się skończyły. Sprzedawanie metra kwadratowego we Wrocławiu za 7500 PLN/m2 przy koszcie wybudowania i zakupu działki maksymalnie do 2500 PLN/m2 (informacja z pierwszej ręki od znajomego architekta) było i jest chwilowym wydziwem, i nie ma mowy by na dłuższą metę było to możliwe przy naszych zarobkach.
- koniec z kredytami na 120% inwestycji, bez wkładu własnego, na 65 lat i wakacjami w płaceniu rat. To co robił bank PKO BP oraz BPH (i inne) rok temu, styl w jakim łapano wszystko co nie uciekało na drzewo i miało jakąkolwiek zdolność kredytową, był szokujący. Ma Pan PESEL? Konto w banku? Jakąś pracę? Świetnie! Proszę, o to chata. Co z tego że cena 3 razy wyższa niż koszty? A raty? Nie, spokojnie, ma Pan 3 miesiące karencji, proszę się rozgościć i jechać na wakacje! O ratach pogadamy później....
- koniec z zyskami dla inwestycji krótkoterminowych w nieruchomości. Głośno było o Anglikach, Hiszpanach i Arabach, którzy we Wrocławiu wykupują całe zgrzewki klatek schodowych tylko po to by sprzedać mieszkania z zyskiem. Od kilku miesięcy wynoszą się oni z Polski, sprzedają mieszkania oraz złotówki co powoduje nerwowość u tych szczęśliwców, którym "udało" kupić coś we frankach za 2.00 PLN za sztukę.
Wcale nie jestem pewien czy ten nasze banki tak spokojnie przetrwają tę huśtawkę. W normalnych warunkach, wpłata własna przy kredycie spełnia podwójną rolę: świadczy o tym, że klient sam potrafi wygenerować fundusze z których potem będzie płacił raty, oraz stanowi zabezpieczenie dla banku na wypadek gdyby przy sprzedawaniu nieruchomości (w razie awarii kredytobiorcy) jej cena była trochę niższa niż na początku. W takim wypadku, przy najgorszym scenariuszu bank wychodzi na zero. Ale od lat już banki dawały kredyty nawet na 120% inwestycji, nie mają więc żadnego zapasu, a przecież spadek cen nieruchomości jest faktem.
Co się jednak stanie, gdy w efekcie globalnego finansowego obsyfienia, w Polsce ludzie dobrze zarabiający i "okredyceni" zaczną tracić prace? Zapewne część z nich nie będzie w stanie spłacać 600 tys. złotych kredytu we frankach po coraz droższym kursie. Będą więc musieli sprzedać mieszkanie (albo pomoże im w tym kochany bank) a jak wiadomo, że jak ktoś musi sprzedać w sytuacji bryndzy to cena nie jest dla niego tak bardzo ważna. Co zrobi bank kiedy z 600 tys. udzielonego kredytu, ze sprzedaży nieruchomości wyciśnie "tylko" 400 tys.? Co zrobi klient który nadal będzie spłacał kredy 200tys. razem z czynszem wynajmowanego mieszkania? Co jeżeli takich kwiatków ma w swoich pakiecie bank więcej? Ile potrzeba takich sytuacji, żeby bank się wywrócił do góry kółkami? I czym taki scenariusz różni się od obsyfienia jakie wydarzyło sie w USA ostatnio?
Ostatnio chodząc sobie po centrum Wrocławia, obserwowałem wystawy sklepów. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że nie ma ich wcale tak wiele. Tu bank, tam bank, tutaj bank do samochodów, tam bank do mieszkań a tam dalej bank Dominet. Wszystkie banki piękne, marmurowe, nic tylko wchodzić i podpisywać, kolejek nie ma, ładne panie i ładni panowie siedzą cały dzień i drapią ołówkiem w stolik bo prawie nie mają klientów. Siedzą w nadziei, że może ktoś akurat wejdzie i jakąś lokatę zrobi, kredyt weźmie ale jakoś kolejek nie ma. I tylko sobie tak myślę, jak to jest że taki biznes jest bardziej opłacalny niż restauracja, niż jakiś specjalistyczny sklep albo co inszego? Jak to jest, że ludzie siedzą i się nudzą, w najlepszym miejscu w mieście i to wszystko się komuś jeszcze opłaca?
Mam przeczucie, że za tych znudzonych specjalistów ds. kontaktu z klientem dziś płacą przyszłe dochody z udzielonych ale niespłaconych kredytów. Mam takie przemożne przeczucie, i można mnie tutaj za 9-12 miesięcy z tą notką do tablicy wywołać, że ta sytuacja się bardzo dramatycznie zmieni niedługo.

Dziś będzie polityczna maskotka, z przeznaczeniem na eksport:
Salt Dough Projects for Kids of All Ages
Simple Craft Dough Recipe for Many Home Decor Items
Exhibit 1: "The Communist Pig"
Readers familiar with Gorge Orwell's "Animal Farm" will be quick to realize the familiarity of that salt dough model. It depicts The Communist Pig, notable for it's norotious 50's glasses and an out fashioned yet distinctive tie. You can notice a slight tilt of The Pig to the left-hand side, probably due to it's lack of moral backbone of any kind.
The Communist Pig model is ideal as additional Christmas Decor for Reagan Worshipers, McCarthy Followers as well as ordinary right-wing leaning folk.
Surprise your angel-hanging, carol-signing family with a unique christmas decor of your own, and help to instill the correct world view in your kids' little hearts and minds! Order Today: 2,99$ (You save nothing! Only Jesus saves).
Podczas swobodnych wędrówek po Wrocławiu, natknąłem się ostatnio na ciekawy obrazek z pewną świętą w holu jednego z budynków o przeznaczeniu jaknajbardziej religijnym. Przedstawiał on Św. Joannę Berette Molle , ale poza statusem błogosławionym, trudno było mi skonstatować z jakiej okazji i za co została Świętą. Oraz "Czy słusznie?", zgodne z memem "think for yourself, question authority".
Z byciem świętym już tak jest że zostaje się nimi zwykle post mortem po to żeby promować jakieś konkretne zachowanie. Dzieje się tak po to by możliwie każdy był taki jak trzeba, a nie taki jaki chce być, lub jaki jest. "Cóż takiego może uczynić taka kobieta jak Gianna, że zostaje Świętą?" - pomyślałem sobie.
Była inżynierem? Zbudowała 40 szpitali? A może całe życie uczyła w jakiejś wiejskiej szkole? A może jako pielęgniarka dbała o chorych i niedomagających? A może była matką dużej i szczęśliwej rodziny, i syta swoich dni umarła otoczona stadem wesołych wnucząt? To by były całkiem fajne wzorce, ale wrodzon zmysł Uenifeu'owy wciąż szeptał mi do ucha nieustępliwie, że napewno nie mogło to być coś tak trywialnego, i że całkiem prawdopodobne, że świętą kobietą zostaje się jednak po zrobieniu czegoś mega głupiego . *
Stłumiwszy podpowiedzi Złego postanowiłem jednak trochę poszukać, i sprawdzić, cóż takiego się wydarzyło. Jakiż brak rozczarowania spotkał mnie w chwili kiedy okazało się, że najlepsza receptą na bycie Świętą jest urodzenie sieroty i pozostawienie na łasce losu 3 małych dzieci wraz ze swoim ukochanym mężem. I to wszystko świadomie i celowo, dla Chwały Pana i propagandy antyaborcyjnej. Oto co najlepszego może zrobić kobieta by być Świętą. Umrzeć.
Gianna, będąc we wczesnej 4 ciąży, z 3 małymi dziecmi na utrzymaniu, dowiedziała się o włókniaku, który powinien był być usunięty w przeciwnym razie gwrantował nieuleczalną chorobę. Zabieg wiązałby się z usunięciem ciąży, Gianna zdecydowała, że lepiej jest umrzeć i osierocić dzieci niż zgrzeszyć aborcją. Oczywiście koncepcja tego "grzechu" nie urodziła się w jej głowie sama, ktoś jej tego "nauczył".
Powstrzymuję się od jednostkowej oceny moralnej takiego czynu, bo myślę że każdy w takiej sytuacji sam powiniem podjąć decyzję co do tego jak postąpić. Niemniej lekkim wstrętem napawa mnie fakt, że taka decyzja jest promowana jako właściwa i słuszna oraz godna naśladownictwa. Skazując na śmierć takich ludzi jak Gianna, Kościół bierze na siebie moralna odpowidzialność nie tylko za wspieranie takich decyzji, jak i za to, że dzieci które zostają pół sierotami zostają postawione przed faktem dokonanym. I nikt ich nie pyta czy chciłyby mieć mamusię grzesznicę, czy wolałyby żeby odeszła i była Świętą. Znając życie większość 4 latków miałaby tutaj jasną odpowiedź na to jakże dramatyczne pytanie, ale tak to już bywa że im człowiek starszy, tym rzeczy proste i jasne stają się dla niego bardziej skomplikowane.
Gianna zasłunęła ze słów wypowiedzianych do lekarza: "Jeśli mam wybrać między mną a dzieckiem, bez wahania wybieram, i domagam się tego , dziecko." Wolę nie myśleć jak z takimi słowami czuła się reszta latorośli, które kolektywnie we trójkę były nagle mniej ważne, cenne i wyjątkowe niż zarodek wielkości śliwki.
Warto dodać, że problem ten o wiele prościej i sensowniej, choć może niezgodnie z kościelnymi wytycznymi, rozwiązuje Stary Testament.
* Faceci w kwestii bycia świętymi mają w tej kwestii chyba lepiej, mogą walić pałą smoki jak Św. Jerzy patron milicjantów, albo czytać książki jak Św. Izydor, uprawiać bilokację jak Św. Drogo albo handlować narkotywaki jak Św. Jesus Malverde (jeszcze nie uznany oficjalnie, ale lokalnie jaknajbardziej).
Dziś jak zwykle przybyłem na Moje Miejsce o ustalonej przedpołudniowej porze. Ulice też wyglądały jak zwykle: spokojne i zapchane po brzegi. Wszystkie ciasno upakowane, jeden stoi koło drugiego. Nawet miejsca explicite zaznaczone jako karane śmiercią w razie postoju błyszczały blaskami szyb i karoserii. Dzień jak co dzień.
Kiedy przejeżdżałem z drugiego końca ulicy (jest jednokierunkowa, więc trzeba się zawinąć dwa razy by na nią wjechać) kątem oka zauważyłem Ich. "Aha! Dziś żerują." - pomyślałem. Wykonałem dwa skręty w prawo i powoli wysunąłem się zza rogu. Nacisnąłem hamulec i przystanąłem tak że przede mną roztaczał się widok na całą długą ulicę.
Ta zebra właśnie dostała mandat.
Byli tam. Żerowali niczym stado lwów nad zwłokami kilku upolowanych antylop. "Biedni nieszczęśnicy" - pomyślałem - "przyjechali rano tak jak każdego dnia, z nadzieją że i tym razem się uda". Każdego ranka ta ulica wygląda tak spokojnie, zachęcająco i bezpiecznie, że każdy lokuje się gdzie chce. Nikt nie myśli o tym że za 2-3 godziny będzie się tutaj odbywał neonowy holocaust. Puste ulice kusza miejscami do parkowania, w stresie porannego dojazdu mało kto ma siłę takiej pokusie się oprzeć. Szybka gratyfikacja jak zawsze wygrywa z racjonalnym szacowaniem ryzyka...
Warto zjawiać się w godzinach innych niż wszyscy, dlatego że wtedy o wiele więcej widać. Oni też czekają aż wszyscy się ustawią, nie spieszy im się. Ale kiedy nie płyniesz ze stadem, rzadziej wpadasz w sieci. Choć nie każdy ma taką możliwość jak ja, by być tutaj akurat w tym momencie i to oglądać.
Stałem tak przez chwilę i w ciszy obserwowałem smutny widok. Dziś było ich więcej niż poprzednim razem. Urządzili sobie prawdziwą fiestę, zlecieli się całą hordą na zupełnie bezbronne stadko wozów po to by teraz z szałem w oczach rozszarpywać kolejne ofiary.
Ulica roiła się od panów w żółto-oczo-jebnych wdziankach. Pojedynczo lub grupkami, po kolei obrabiali każdy samochód pozostawiony na pastwę losu. Jeden zwykle robił fotografie, które miały być ewentualnym dowodem w sądzie, a drugi zakładał żółtą blokadę na koło.
Ale najgorsze były lawety. Dzisiaj przybyły aż trzy. Bezlitośnie wydzierały pojedyncze samochody z równego rządka zaparkowanych maszyn. Puste szczerby kojarzyły mi się z uśmiechem kogoś o niepełnym uzębieniu. Wszyscy uwijali się bardzo sprawnie, z morderczą dokładnością eliminowali kolejne ofiary.
Odczekałem jeszcze chwilkę, po czym spokojnie postawiłem samochód na swoim ulubionym miejscu. Jest wyjątkowe, bo każdy myśli że jest wybitnie niedozwolone, ale jakoś nigdy jeszcze nie miałem tam problemów. Mam takich miejsc ze 2-3 w tym rejonie, jakimś cudem zawsze któreś z nich jest wolne. Zamknąłem samochód i spokojnie odszedłem w druga stronę.
Obejrzałem się jeszcze za siebie, kontemplując smutny widok rozszalałych Strażników Miejskich. Jutro znów będzie tutaj cicho, tłoczno i spokojnie. Setki niczego niespodziewających się kierowców będą tutaj parkować i przechowywać swoje drogocenne 10-letnie wozy. Znów minie kilka dni spokoju, i przyjdzie czas na kolejną łapankę.
Równowaga w naturze musi być. Ale póki co natura naturą, ale ja upolować się nie dam.
Nie, dziś nie będzie o Folding@Home, i wymyślaniu lekarstwa na raka przy użyciu zbędnych cykli PCtowego procesora. Ilość możliwych kombinacji poskładanych białek jest tak ogromna, że miną wieki zanim maszyna brutalnymi obliczeniami dokona odkrycia na skalę Nagrody Nobla.
Człowiek nie posiada mocy obliczeniowej, ale ma coś czegoś nie posiada żaden komputer. Chodzi o intuicje, to coś co powoduje że zagadka wydaje Ci się prosta, i że widzisz jej rozwiązanie nawet jeśli nie widzą go inni.
Z takiego założenia wyszli naukowcy z University of Washington Departments of Computer Science & Engineeering and Biochemistry i stworzyli darmową grę którą może pobrać każdy chętny do zawijania. Białkami można manewrować w 3D a punkty liczone są w zależności od tego czy białko jest ułożone porządnie czy nie. Zestaw prostych reguł wpojony zostaje w przyjemnym tutorialu, a całość wygląda ładnie i schludnie. Jedyny minus to spore zasoby zżeranego procesora.
Postępu Uenifeu'owe, w walce z białkiem jakiejś gardłowej bakterii można oglądać na ogólnodostępnym rankingu. Jak narazie poczuwam się do miejsca nr 16 z 88 więc nie jest źle. Autorzy obiecują że zwyciezca najtrudniejszych zagadek dostanie Nagrodę Nobla, jest więc chyba o co się starać ....
A świstak siedzi i zawija dla Nobla...
Dzisiejsza notka to trybut dla bohaterstwa, odwagi i lojalności.
Jej bohaterem jest David Purley, kierowca rajdowy, który w 1973 roku brał udział razem Rogerem Williamsonem w tragicznym wyścigu F1 w Zandvoort w Holandii. W samochodzie Rogera w trakcie 8 okrążenia nagle pękła opona a sam bolid uderzył w barierkę. Rozbity pojazd przejechał jeszcze kilkadziesiąt metrów do góry kołami po czym stanął na poboczu w ogniu. Wyścig trwał nadal ale David zatrzymał się i pobiegł ratować przyjaciela. Przez 2 minuty walczył z płonącym wrakiem, próbując obrócić go i wydobyć Rogera z kabiny. Obsługa wyścigu nie była świadoma tego co się dzieje, i nie wydano nakazu wstrzymania wyścigu. Uniemożliwiło to dotarcie wozom strażackim, które musiały jechać pod prąd na miejsce tragedii. Ludzie stojący w pobliżu zdarzenia bez wyraźnych wskazówek organizatorów zawodów stali, biernie przyglądając temu się jak David samotnie walczy z płomieniami. Roger wołał o pomoc, ale nie udało się jednak w porę opanować ognia, i mimo braku poważniejszych obrażeń zginął na miejscu z braku powietrza. W końcu prawie na siłę odciągnięto Davida od zgliszcz, a świat obiegły zdjęcia jak wściekły i zrezygnowany odpycha od siebie ludzi oferujących mu pomoc...
Tragedia ta pokazała jak niebezpieczne są wyścigi F1 co bezpośrednio przyczyniło się do wielu zmian w przepisach, dzięki którym dziś takie rzeczy już się nie powtarzają. David Purley zrezygnował z dalszego ścigania się, za swój wyczyn otrzymał Medal Jerzego. Zginął w 1985 w katastrofie lotniczej podczas airshow.
Jakis czas temu wklejałem film "Jesus Camp", o dzieciach szkolonych na religijnych fanatyków w USA. Dzisiaj dokument w podobnym klimacie, o dzieciach-kaznodziejach. Treści drastyczne miejscami. Nasza lokalna Madzia Buczek wysiada przy nich na pierwszym przystanku...
Dobra dziura w Ziemi nie jest zła... 8|
---------------------------------------------------
Legenda:
:| - na serio
8| - uau
8o - mocne
:P - czytać ze zrozumieniem
:) - uwaga, brecht
:)) - uwaga, klasyka!
Ostatnio pisałem o tym skąd biorą się fałszywe przekonania o destrukcyjnym wpływie pornografii na dzisiejsze społeczeństwo. Źródła takiego poglądu są jakie są, ale niezależnie od nich fakt że pornografia jest dzisiaj czymś tak popularnym jak piwo, jest faktem. Niektórzy piją, niektórzy nie, ale zdobyć butelkę wcale nie jest trudno.
Począwszy od lat 70tych, a potem dzięki technologii VHS, pornografia zaczęła być rozrywką masową. Prawdziwa eksplozja nastąpiła jednak dopiero w czasach Internetu, od kiedy to wszystko co kiedykolwiek i gdziekolwiek przyśniło się jakiemuś reżyserowi jest dostępne w sieci często o jeden klik myszką. Jeżeli paniczne biadolenia prawicy w temacie upadku moralności są prawdą, niewątpliwie powinniśmy obserwować dziś masowy upadek kolejnych państw, pogrążonych w gwałtach, rozbojach, morderstwach. Z Holandią na czele.
Jak to jednak często w życiu bywa, prawicowe "prawdy objawione(TM)" egzustują często w równoległym do naszego wszechświecie, i poza okresowymi nawiedzeniami nielicznych zachowawczych gadających głów, mają niewielką styczność z naszym światem. Tak też jest i w tym przypadku.
Amerykański profesor prawa, Anthony D'Amato , zaintrygowany nadzwyczajnym spadkiem ilości gwałtów i przestępstw na tle seksualnym w USA w ostatnich latach, postanowił poszukać konkretnej przyczyny tego zjawiska. Na pierwszy rzut oka wpływ na taki stan rzeczy mogło mieć kilka faktów:
- duży spadek spożycia kokainy w ostatnich latach
- większa świadomość kobiet w kwestii unikania niebezpiecznych sytuacji
- więcej potencjalnych gwałcicieli w więzieniach zamiast na wolności
- edukacja seksualna i większa świadomość chłopców, że "nie oznacza nie"
O ile czynniki te niewątpliwie mają swój udział w badanym zagadnieniu, o tyle trudno jest przy ich użyciu wyjaśnić aż 87% spadek popełnianych przestępstw. Dodatkowo warto pamiętać, że większa świadomość kobiet w temacie tego czym tak naprawdę jest gwałt z pewnością przekłada się też na więcej zgłoszeń na posterunkach policji.
Uwagę profesora D'Amato zwrócił jeden, masowy społeczny czynnik który korelował prawie idealnie z danymi zbieranymi z różnych źródeł. Liczba gwałtów i przestępstw na tle seksualnym spada dramatycznie wraz upowszechnianiem się internetu. Negatywna korelacja występuje w wielu punktach styku pomiędzy badanymi zagadnieniami: rozwój dostępu do internetu od 1993 roku, grupa wiekowa młodych przestępców i użytkowników sieci, stany szybciej i wolniej popularyzujące sieć wśród mieszakńców etc.
D'Amato, uczestnik reganowskiej nixonowskiej Komisji ds. Obsceniczności i Pornografii ,która w roku 1970 nie znalazła dowodów na negatywne wpływy pornografii na przestępczość (po jej raporcie, kiedy Reagan podobno dostał szału, powołano drugą, która była już bardziej posłuszna oczekiwaniom polityków, i darzyła wielkim wstrętem niewygodne fakty naukowe) nie zaprzecza, że istnieją inne powody obserwowanych spadków w statystykach. Silna negatywna korelacja jest jedna faktem któremu trudno zaprzeczyć.
Potencjalnym wytłumaczeniem tego zjawiska, może być fakt, że osoby które z różnych przyczyn mogą być potencjalnymi gwałcicielami, rozładowują swoją energię w sposób mniej szkodliwy dla otoczenia. Nie bez znaczenia może być też kwestia powszechnego dostępu golizny na każdym kroku, który desentyzuje nawet najtwardszego zboczeńca. Można tu przypomnieć czasy wiktoriańskie, gdzie sam widok kobiecej kostki był uważany za szokujący, a Kuba Rozpruwacz masakrował londyńskie prostytutki. W porównaniu z tamtą sytuacją, łatwość z jaką zdrowi i niezdrowi amatorzy kobiecych kształtów mogą dostać dziś to czego pragną, jest trudna do zignorowania.
Tez i pomysłów jest zapewne bardzo wiele, ale jedna rzecz jest faktem: żadne społeczeństwo jeszcze nie rozpadło się z powodu gołych obrazków, a wręcz odwrotnie: kraje bardziej liberalne, otwarte, tolerancyjne mają znacząco mniej przestępstw na tle seksualnym, niż te w których panuje moralny zamordyzm. Nie ważne jak niektóre siły polityczne chciałyby z gołych obrazków zrobić kozła ofiarnego i przyczynę "upadku moralnego", ci bardziej rozsądni powinni poszukać sobie raczej innej ofiary.
Ps. Dlaczego spadek przestępstw jest tak gwałtowny w czasach powszechności internetu a nie wcześniej, kiedy w każdym kiosku można już było kupić stosowną gazetkę? Najczęstszymi gwałcicielami są młodzi, niesamodzielni mężczyźni, którzy często mieszkają jeszcze w domu rodzinnym, i nie mają warunków do rozładowania swoich napięć. Nie trudno się domyślić, że o wiele łatwiej jest schować przed rodzicami historię przeglądarki niż zbiór pisemek schowanych pod brudnym wyrkiem :)
Dzisiaj będzie o pewnym wydarzeniu, które miało miejsce wiele lat temu,a które na długi czas utrwaliło w głowach Amerykanów (i nie tylko) mocne przekonanie o tragicznym, szkodliwym i toksycznym wpływie pornogafii na kondycję zachodniego społeczeństwa.
Teza o takowym negatywnym wpływie nie jest nowa. Ewentualne debaty ograniczają się zwykle do tego, że prawica widzi w pornografii przyczyny wszystkich nieszczęść (z globalnym ociepleniem włącznie) a lewica nie widzi w pornografii niczego szczególnego. Okazjonalnie zdarza się, że rozsądniejsi dyskutanci zauważą fakt, że pornografia może utrudniać kontakty z żywą płcią przeciwną, której zainteresowania lub preferencje mogą odbiegać od tych lansowanych na papierze. (*)
Pomysł, że papierki z nadrukowanymi treściami stymulującymi wyobraźnię, są przyczyną zła społecznego, uzyskał silne społeczne poparcie 24 stycznia, 1989 roku. Tego dnia, seryjny morderca Ted Bundy, udzielił brzemiennego w skutki wywiadu Jamesowi Dobsonowi, chrześcijańskiemu psychologowi i wychowawcy, który korzystając z Tedowej potrzeby "odejścia z hukiem", postanowił zdobyć rozgłos i rozbudzić emocje uśpionej religijnej prawicy. (Czytelnicy Uenifeu'a mogą uznać za ciekawy fakt, że Dobson należał do wąskiego grona mentorów i duchowych opiekunów niejakiego Teda Haggarda, skompromitowanego kryptogeja i nadwornego kaznodziei Georga Busha)
Bundy, jak na psychopatę-szołmena przystało, z emfazą i plastikową skruchą opowiadał o swoim strasznym nałogu, który "zmusił" go do mordowania kobiet. Nie omieszkał również ostrzec, że takich "normalnych" jak on jest w Ameryce o wiele więcej. Kartki z obrazkami okazały się dla niego wspaniałym wytłumaczeniem wszystkich złych rzeczy które popełnił co prawda sam we własnej osobie, ale jednak "przymuszony" nieczystą siłą zewnętrzną w postaci gazetki z gołymi, związanymi laskami. Dobson, który wraz z wywiadem dostał do ręki okazję jakich mało by zdobyć rozgłos dla swoich pomysłów, precyzyjnie zadawał tylko odpowiednie pytania, na które Bundy odpowiadał zgodnie z oczekiwaniami rozmówcy.
Zainteresowanych samym wywiadem odsyłam do stosownego filmu:
A jak mają się suche fakty do tez opartych na zeznaniach psychopatów gwiazdorów? O tym będzie w następnej notce ...
(*) - Jednak mało kto dostrzega już, że taki sam szkodliwy wpływ można przypisać np. zbyt częstej lekturze Harlequinów. Trudno jednak jest udowodnić, że to sam papier z obrazkiem lub tekstem jest tutaj przyczyną problemów, a nie jest poprostu tak że osoby bardziej zainteresowane fantazjami niż autentycznymi relacjami znajdują spełnienie w takich czy innych półśrodkach.... oczywiście w/g Uenifeu'a, wybrane z tego co ostatnio wygrzebałem.
Nieposiadania telewizora to przywilej jakim raczę się od 6 lat. Niemniej, od czasu kiedy powstał YouTube nieposiadanie telewizora stało się jeszcze bardziej przyjemne.
Poniżej wklejam cztery najkomiczniejsze rzeczy jakie wygrzebałem przez ostatni czas na YouTubie. Nie ważne ile razy to oglądam, zawsze kończe oglądać kwicząc ze śmiechu. ;)
1. Chris Rock i jego pełne empatii porady małżeńskie. "Bo nie kochał nigdy ten kto nie planował morderstwa..."
Biorąc pod uwagę niedawny rozwód Chrisa, pewnie wie o czym mówi. :)
2. Wszyscy już to znają zapewne z telewizji, ale zamieszczam i tak. Może ktoś to znajdzie za 10 lat i popłacze się ze śmiechu tak jak ja :) Panie i Panowie, Jozin z Bazin, zwracam uwagę na misterny układ choreograficzny:
3. John Safran , który jako nowonawrócony ateista rewanżuje się Mormonom i chodząc od drzwi do drzwi rozdaje "Origin Of Spieces" Darwina. Klasyka gatunku: " Deuteronomy 13:11 "Blessed is the man who goes around banging on people's door, in all hours of the morning, for he truly is Jesus's little friend.""
4. Rowan Atkinson "Welcome To Hell". "As the more perceptive of you may've already realized by now, this is Hell." Polecam też to.
Dziś najnowszy niusy z Watykanu: B16 zdecydował o rekrutacji specjalnych szwadronów exorcystów w odpowiedzi na wzrastające zagrożenie satanizmem.
Według nowego rozporządzenia, każdy biskup będzie obowiązany do posiadania przynajmniej kilku wyspecjalizowanych księży, którzy zajmować się będą zwalczaniem "esktremalnych przypadków bezbożności".
Wiadomość ogłosił ojciec Gabriele Amorth, 82-letni szef katolickich egzorcystów (50 000 wypędzonych demonów, szczera nienawiść do Harrego Pottera), i wyraził wdzięczność Papieżowi za podjęcie tak ważnej decyzji:
"Dzięki Bogu, mamy Papieża, który postanowił walczyć z Diabłem wypowiadając mu wojnę bezpośrednią. Zbyt wielu biskupów nie bierze tej sprawy poważnie, a znalezienie dobrze wytrenowanego egzorcysty to niełatwe zadanie."
Czyżby JPII był zbyt pokojowo nastawiony w stosunku do Szatana?
Podsumowując, "ekstremalnie bezbożni" powinni mieć się na baczności, nigdy bowiem nie wiadomo kiedy najdzie ich ekipa Facetów w Czerni. Brygady exorcystów nastawione są specjalnie przeciwko satanistom i naśladowcom Harrego Pottera, ale na baczności powinni się mieć również wikkanie jak również zwyczajni szarzy schizofrenicy, epileptycy oraz cierpiący na syndrom Touretta. Kościół nie przewiduje prawa opętanego do niewypętywania, dlatego też każdy bezbożny powinien się dwa razy zastanowić zanim pogłębi się w bezbożności jeszcze bardziej.
Szeroko pojęty Diabeł nie ma jednak lekko. Nie tylko katolicy wypowiadają mu wojnę. Ma on również na pieńku z protestantami, scjentologami, prawosławnymi a co bardzo ciekawe, zadziwiająco podobne do chrześcijańskich są także egzorcyzmy islamskie.
Dla osób o silnych nerwach, oto egzorcyzm w Islamie:
Niewątpliwie fakt występowania egzorcyzmów w wielu religiach i wyznaniach należy potraktować jako dowód kolejnego szatańskiego spisku mającego na celu promocję fałszywego ekumenizmu i dyskredytację Jedynej Słusznej Wiary.
Dobiega końca amerykański eksperyment z indukowaną abstynencją seksualną.
Trick polegał na tym, że religijna prawica która doszła do władzy razem z Bushem, postanowiła pieniądze wydawane na edukację seksualną i metody planowania rodziny, przekazywać na programy uczące nastolatki abstynencji.
Tysiące dzieciaków kupowały specjalne pierścionki, ślubowano czystość, i za rządowe pieniądze spędzano latorośle na specjalne imprezy gdzie odpowiednio spreparowane treści miały ochronić nieletnich przed chorobami i nastoletnimi ciążami. Problem jednak polegał na tym, że przeciętnyn słuchacz pozostawał w stanie nienaruszonym średnio 18 miesięcy.
Po blisko 7 latach i miliardach dolarów wydanych na efektowne pokazy i prezentacje, rządowi eksperci drapią się teraz w głowy. W USA pierwszy raz od 15 lat wzrosła ilość nastoletnich ciąż i chorób przenoszonych drogą płciową.
Dla części specjalistów sprawa jest prosta jak budowa cepa: abstynencja nie działa, a brak edukacji mści się wzrostem wymienionych wskaźników. Już 14 stanów zrezygnowało z fundowania "czystościowych" imprez, i wszystko wskazuje na to, że jeśli wybory prezydenckie wygra demokrata, to eksperymenty moralne na ludziach odejdą do lamusa. Pytanie tylko co z krajami afrykańskimi, takimi jak Uganda, gdzie wciąż abstynencja jest głównym narzędziem propagandowej walki z HIV/AIDS.
Abstynencja: skuteczna w 100% 99.999%.








